Rudki i…?
Słyszałam, że innym się to zdarza, ale nie mnie. Słyszałam, że inni tak robią, ale ja nie robiłam. Do dzisiaj. A chodzi o wyjeżdżanie po grupę w trasę.
Dzisiaj trzeba było jechać do Rudek. Dlaczego – bo grupa (z pilotem!) nie trafi do Lwowa. Bo i tak zostało wytargowane, że nie z granicy, i nie z Sambora, a z Rudek. Krakowskim targiem. Więc rano telefon, że za godzinę wyjazd. Jedziemy we trzy (ja, Zuza i Teresa), zawiezie nas samochodem mąż Nataszy. Zuzia dzwoni – „weź jakąś książkę o Rudkach, poczytamy w drodze”. Biorę, jedziemy. Korki straszne, dopiero o 11.00 udaje się wydostać z miasta. Zuzia czyta na głos o Rudkach. Po co? Mylą się daty, nazwiska. Skarbkowa z Jabłonowskich, czy Jabłonowska ze Skarbków? A właściwie, kiedy się ten Fredro urodził? Aha, 1793, 5 lat starszy od Mickiewicza. Kto by pomyślał. A taki współczesny w porównaniu z Mickiewiczem. Mniejsza z tym, dzieci i tak nie będą słuchać.
Akt II
Rudki.
Pogoda piękna, miasteczko, ryneczek, senne półżycie.
Przyjeżdża pierwszy autobus. Pozostałe dwa na granicy.
Dzieci młode – 1 kl. gimnazjum. Organizacyjny chaos – nikt nic nie wie – ile czasu, kiedy kolacja? Co zwiedzamy? Idziemy do kościoła. Ksiądz młody, chyba przestraszony. Opowiada, mówi że Rudki ważne, bo tu jest cudowny obraz i tu spoczywa Fredro. Już. Koniec. Dziękujemy, następni. A Skarbkowa, czyli Jabłonowska?. Ani słowa.
Zuzia zabiera dzieci i jadą do Lwowa. My z Teresą czekamy. Czekamy połtorej godziny, przyjeżdżają nasze dwa autobusy i… nie zatrzymując się jadą do Lwowa!
„Nu i dury” – to Natasza przez telefon. O nas.
Akt III
Jakieś 5 km za Rudkami doganiamy marszrutką nasze autobusy (czekają na nas po interwencji telefonicznej). A to dopiero początek dnia.










