ja w 2001 r.
ja w 2001 r.

sobota, 23 czerwca

Mieliśmy mrożącą krew w żyłach przygodę w czasie podróży.

Początkowo wszystko zapowiadało się wspaniale, w autobusie oprócz nas tylko dwie osoby, Marta szybko zasnęła. Osób jednak zaczęło szybko przybywać – kierowca zabierał po drodze wszystkie handlarki wiozące do Polski spirytus, tak, że zanim dojechaliśmy do granicy, autobus był pełen. Odprawa ukraińska poszła szybko, za to po polskiej stronie staliśmy bardzo długo, bo przed nami odprawiali autokar mołdawski – pięćdziesiąt osób z wizami, które trzeba było wprowadzić do komputera, a akurat padł system…

W końcu dzięki naszej interwencji pogranicznicy postanowili się zająć naszym autokarem, sprawdzili nasze paszporty i zajęli się odprawą celną wszystkich pań „turystek”. W autobusie znaleziono m. in. trzy butelki ze spirytusem bardzo elegancko opakowane w… stare, śmierdzące skarpety. Strasznie wiało, więc celnicy powiedzieli nam, żebyśmy zaczekali z dzieckiem w pobliskim barze, bo odprawa trochę potrwa. Oddaliśmy plecaki kierowcy, który włożył je z powrotem do autobusu i poszliśmy do baru. Jakież było nasze zdziwienie, kiedy po kilku minutach wróciliśmy i nie zastaliśmy już naszego autobusu… Po prostu sobie pojechał, zostawiając nas i maleńką Martę tak, jak staliśmy.
Do Przemyśla dotarliśmy następnym rejsowym autobusem, który wkrótce podjechał na granicę. Na pytania nasze i zbulwersowanej wydarzeniem pani z dworcowej informacji kierowca odparł niegrzecznie, że myślał, że pojechaliśmy z Mołdawianami (?) i powinniśmy się cieszyć, że inni pasażerowie nie rozkradli naszego bagażu…

0
Would love your thoughts, please comment.x
()
x