... a właściwie, ...

Sylwester we Lwowie

… a właściwie, dlaczego nie spędziliśmy Sylwestra we Lwowie. Taki powinien być tytuł tej notki. 

W poniedziałek (29.12) odbyły się ostatnie zakupy, potem pakowanie, tak, żeby następnego dnia raniutko wstać i wyjechać. Nie lubię wyjeżdżać w południe, albo na noc. Rano zdecydowanie lepiej się jedzie. Może dotarlibyśmy do Lwowa jeszcze przed wieczorem, zostałby kawałek dnia, żeby się rozpakować i przygotować do Sylwestra, na którego byliśmy zaproszeni do znajomych.  

Była bardzo ładna pogoda – delikatne słońce, lekka mgiełka, sucho, niewielki mróz. Właśnie. Mróz. Zamarzł ręczny w naszym samochodzie. Domowe sposoby odblokowania go nic nie dały, najbliższy warsztat też nie był skory do pomocy, mój mąż zaparkował samochód na parkingu pod trzepakiem i kazał nam czekać w domu. Tymczasem sam poszedł i … rozbił samochód. Nie, nie specjalnie. Jako że był zdenerwowany, po prostu zapomniał, że ręczny nie działa, i że zostawił go tylko na biegu, przekręcił kluczyk w stacyjce, będąc na zewnątrz samochodu, i ten elegancko wjechał w trzepak. Właściwie mogłabym tego nie pisać, bo cały Lwów i tak już zna tę historię, po tym jak mój mąż opowiedział co się stało Jednemu Zaufanemu Przyjacielowi.

 

Szybę nam wymienią najwcześniej za kilka dni, wiec z wszystkie najbliższe imprezy zostaly odwołane, w tym noc Sylwestrowa, urodziny Jurika, jedna moja wycieczka po Lwowie.

.Sylwester

Jako, że moja rodzina jest mało imprezowa (nawet zastanawialiśmy się wczoraj, skąd taki wyrodek jak ja się wziął), tata poszedł spać, a mama pracowała do późna, zeszła tylko na lampke szampana o północy, musieliśmy sami zorganizować sobie wieczór. Postanowiliśmy pójść za ciosem i obejrzeć film, ale żaden z kilkunastu kanałów TV nie oferował nic co by się nadawało do oglądania. Zaczęliśmy poszukiwania wśród członków rodziny, bo nikomu z nas nie chcialo się dymac pieszo do wypożyczalni, a próby ściągnięcia jakiejś pirackiej kopii z netu też spełzły na niczym. Poratowała nas mama, dając dwie płyty z serii „złota kolekcja Bollywood”, jeden z Leonardo di C., i jeden kostiumowy – Elżbieta I. Aha, zapomniałam, że mieliśmy jeszcze na komputerze Dogville, którego wytrzymałam może pierwsze 10 minut – jednak nie byłam przygotowana na Sylwestra w teatrze… może innym razem. Wybraliśmy Elżbietę. 

W Nowy Rok mieliśmy w celach turystycznych wybrać się na Powązki (warszawski odpowiednik Cmentarza Łyczakowskiego), ale zrezygnowaliśmy ze względu na pogodę. Do tego tematu jednak jeszcze wrócę. Poszliśmy za to z synkiem na spacer po osiedlu, i tu nastąpiło małe …zonk. Plac zabaw, od jakiegoś czasu ogrodzony metalowym parkanem był… zamknięty na klucz. Może miało to swoją racjonalną przyczynę, ale spróbujcie wyjaśnić dwulatkowi, że nie pójdzie na zjeżdżalnię, huśtawkę i na autko, bo jest zamknięte, i nie mamy klucza. Poczułam się jak w więzieniu. jakbym to ja była zamknięta i nie mogła na ten plac wyjść. Na szczęście znalazł się inny, niezamknięty. Swoją drogą, co za mania ogradzania się? Podobno Warszawa jest pod tym względem ewenementem wśród europejskich miast. gdyby to jeszcze przekładało się na poziom bezpieczeństwa. „Chronione” osiedle na którym mieszka mój brat było już chyba kilkunastokrotnie okradane. Nie pomagają bramy, kraty, klucze, domofony, ochrona, alarmy. Sami się zamykamy w więzieniach. Nie tylko w obawie przed bandytami, złodziejami. Po to, żeby cudzy pies nie zrobił nam kupy pod oknem (pies sąsiada to co innego). Czas wracać do Lwowa. 

Visit Us On FacebookVisit Us On InstagramVisit Us On Pinterest