Praznyk – to znaczy święto. Ale jest też węższe znaczenie. Najbliższym jego odpowiednikiem w języku polskim byłby odpust, ale ten kojarzy się nam ze straganami z pańską skórką, lukrowanymi piernikami i jojami w srebrnych papierkach. Choć i tu pod cerkwią można dostać podobne rzeczy, to główna idea praznyka jest inna, genialna w swojej prostocie. Dajmy na to, że Ania z Wólki ma rodzinę w Rzeczkach, Liskowie i Kozibrodach. Cały rok pracuje, a w święta trudno się rozerwać, żeby odwiedzić wszystkie, może oddalone od siebie miejscowości. Praznyk rozwiązuje to w prosty sposób, tworząc kalendarz okazji do wzajemnego odwiedzania się przez krewnych i znajomych. Każdy, kto mieszka w świętujacej parafii, nakrywa tego dnia stół i oczekuje gości. Nie trzeba czekać na specjalne zaproszenie. W ten sposób rodzina mieszkająca w różnych miejscach zbiera się w komplecie kilka razy do roku.

U naszej babci praznyk jest na Wodochreszcze – trzecie (po Bożym Narodzeniu i św. Wasyla) święto, zamykające okres Bożonarodzeniowy. Według starego stylu obchodzi się je 19.I, czyli 6.I nowego stylu, tego samego dnia, co Trzech Króli. Dzień ten upamietnia chrzest Chrystusa w Jordanie, dlatego też jest zwyczaj świecenia wody, także w zbiornikach wodnych – rzekach, stawach (przed wojną święcono we Lwowie w studniach w Rynku), przynoszenia święconej do domu, święcenia obejścia, picia. Popularnie święto nazywa się Jordanem, stąd wziął się żart o ukraińskim ramadanie – „od Romana (1.XII) do Jordana”. Rzeczywiście, ten okres to nieustające pasmo następujacych po sobie świąt. 

Jasne więc, że dziś zjawiliśmy się u babci. Babcia zresztą z roku na rok coraz mniej entuzjastycznie podchodzi do prazników, może dlatego, ze coraz mniej dawno niewidzianych osób na nie przyjeżdża. W tym roku nie było nikogo z jej rodziny spod Sokala, choć jeszcze kilka lat temu przyjeżdżały jej siostry i jakiś wujek Stefan, dla mnie nie do końca zidentyfikowany. 

Ideą prazdnyka jest także sowicie nakryty stół, tak, żeby mogła się najeść, albo raczej przejeść każda ilość gości. Nikt nie liczy, ilu ich będzie. Jedzenia i tak zostanie. Kiedy przyjechaliśmy, na stole były już wędliny, śledź, pomidory, ogórki i papryka, chleb, pięć rodzajów sałatek (wszystkie z majonezem), wędzone ryby, smażone ryby, oliwki, ser, ćwikła, faszerowne pieczarki, ogórki koszone i konserwowe, torcik z wątróbki. Kiedy już najedliśmy się po uszy tym wszystkim, nadeszła pora na bulion i naleśniki z mięsem z koguta. Następnie kapusta duszona, ziemniaki i pieczone udka kurze. Kiedy wszyscy już ledwo ruszali się z przejedzenia, mama zaproponowała gołąbki. Nie było już chętnych. Do tego wszystkiego oczywiście ciasta, ciasteczka, placki i torty. Wina i wódki, szampany, piwo, soki i wody gazowane słodzone i nie.  

Na osobną wzmiankę zasługują sałatki. Co roku jest zestaw stały, należy do niego sałatka zwana tu „oliwje”, czyli taka jak polska warzywna, ale z kiełbasą, oraz sałatka, a może bardziej pasta z topionego serka, jajek i czosnku. Oprócz tego zjawiaja się różne nowinki, przejawy tymczasowej mody, ciekawostki kulinarne, których sława nie trwa dłużej niż jeden sezon, a które Wasyl pięknie ochrzcił dziś nazwą „jordańska fantazja”. Lubie to obserwować, bo to prawdziwa twórczość ludowa. Taka oddolna inicjatywa. Ktoś coś wymyśli i pocztą pantflową potem sie to rozprzestrzenia. Hitem zeszłego roku była sałatka „słonecznik”, w ktorej rolę słonecznika pełniły ułożone naookoło talerza chipsy – chyba pisałam o tym rok temu, kto chętny, może odszukać tamtą notkę; w tym roku znalazłam na stole sałatkę, która składała się z: fasoli, mięsa z kurczaka, pieczarek, duszonej marchewki z cebulą i … sucharów z czarnego chleba. Nawet całkiem smaczna. Oczywiście każda nowa sałatka jest obliczona na efekt, jaki zrobi na gościach, gdyż reszta menu pozostaje niezmienna, to są podwaliny kultury, poważna sprawa. 

Kiedy wszyscy się najedzą, rozpoczynają się kólka dyskusyjne w podgrupach – kto o polityce, kto o gospodarce, kto o dzieciach, kto o medycynie, a kto po prostu sobie ponarzekać.  Babcia właczyła sobie telewizor, bo serial to rzecz święta, choć jakość obrazy wyświetlanego na ekranie nie pozwalała odróżnić od siebie poszczególnych bohaterów. 

O 22.oo pojechaliśmy do domu. I jeszcze jedno. Kiedy poszłam do wygodki, zauważyłam, jak co roku, i zawsze ze zdziwieniem, jak piękne są gwiazdy na wsi, każda świeci tak mocnym światłem, jest widoczna tak wyraźnie, że nie można od nich oderwać oczu. 

 

woda święcona i talerzyk z gałązką do kropienia

 

 

dodaj do notanika
otwórz notatnik

notatnik

skasuj listę info

Teraz możesz zebrać swoje ulubione miejsca, opisywane przeze mnie, w na jednej liście.
Z pewnością ułatwi to planowanie podróży do Lwowa!

Lista będzie nadal dostępna przy kolejnych wizytach z tego samego komputera, nawet bez logowania. zamknij
wyślij na e-mail... udostępnij na Facebook... widok mobilny

Send your list to a friend

FROM: (Your email): TO: (Your friend's email): Your message:
Send