Świętujemy Niepodległość
Dziś w Lwowskiej Operze dbył sie uroczysty koncert z okazji święta Niepodległości Polski (wiem, to dopiero 11-go, ale wtedy w operze wystepuje Vopli Vidoplasova…).
Wielka gala, bankiet na 300 osób, kurtyna Siemiradzkiego, i te sprawy.
Występował zespół Wojska Polskiego – występ bardzo udany, podzielony na część pieśni żołnierskich i część pieśni różnych.
Ale przedtem były przemówienia różnych ważnych – odczytano list ministra edukacji, wypowiadał się mer Lwowa i jakiś pan z Rady Obwodowej. No i oczywiście nasz konsul generalny, którego przemówienie w języku ukraińskim (?) powaliło na kolana – mieszanina polskiego, ukraińskiego i rosyjskiego. Po czterech latach można było sobie lepiej język przyswoić, albo przynajmniej nie popisywać się jego (nie)znajmością przed kilkusetosobową widownią.
Po polsku wypało niewiele lepiej – konsul powtał „księcia” (księdza) Mokrzyckiego, „Emilię” (Emila) Legowicza i „niemiło” (niezmiernie miło) mu było widzieć Emilię Chmielową. Na jego tle Ukraińcy wyszli doskonale, nawet polszczyzna bez zarzutu.
Gwoździem wieczoru była niespodzianka zorganizowana przez służby miejskie. Samochody zaparkowane przed teatrem wywiozły ewakuatory. Samochód marszałka województwa podkarpackiego, prezydenta Zamościa, itd. Samochód konsula i mera Lwowa został. Może stwierdzili, że zaraz mer wyjdzie z teatru i będzie niezadowolony z nieporządku?
Dzięki szybkiej akcji konsulatu, samochody przywieźli jeszcze przed końcem koncertu.
Po koncercie był bankiet, ale urwaliśmy się „stałą grupą” – Grażynka (pracownik konsulatu), Kazik (aktor Teatru Polskiego), Beata (redaktor Polskiego Radia Lwów), Mary (matka dzieciom, z wykształcenia misjolog), Iza (niezrzeszona) i ja (autorka bloga) – żeby spędzić wieczór w pobliskim Celentano (pizzeria), opowiadając sobie o realiach życia na Ukrainie.
Nie pamiętam już, od czego się zaczęło, może od Grażyny, która nie mogła kupić długiej czarnej spódnicy „bez złota i srebra”, bo, „pani droga, kto to takie zamawia”. Miała za to torebkę „bez złota i srebra” – z lumpexu, jak się okazało.
Naszej rozmowie przysłuchiwał się mimo woli pan zza sąsiedniego stolika, i coraz bardziej go to irytowało, bo wkońcu zwrócił nam uwagę, żebyśmy się zachowywali ciszej.
A do swojej partnerki, i wcale nie cicho, dodał: ten ich ohydny język.
Wtedy Beata opowiedziała nam, jak siedzieli niedawno w „Dominiku”, jeden ze znajomych opowiadał o swojej podróży na Białoruś. Nagle zza parawanu wychynęła głowa jakiegoś pana i rzekła: PROSZĘ NIE OBRAŻAĆ UKRAINY.









